Dziś REFLEKSY psychodynamiczne – IV odcinek cyklu, w którym regularnie – w każdy wtorek – biorę na warsztat jeden cytat. Poprzez pryzmat literatury i ogólnie rozumianej kultury oraz refleksji psychodynamicznej, poszukam odpowiedzi na to, co cytowane słowa mówią o naszych nieświadomych mechanizmach i relacji ze światem.


REFLEKSY, cz. IV – „Być”, a potem „stawać się” – oto jest wyzwanie!

Główną myślą naszego dzisiejszego spotkania będzie ta ujęta przez Thomasa H. Ogdena w nastęujące słowa:

W zdrowiu doświadczenie „bycia” i „stawania się” jest podstawową cechą bycia żywym od początku do końca życia.

/Budzenie się do życia. W stronę nowej wrażliwości psychoanalitycznej, Thomas H. Ogden/ – więcej o książce znajdziesz TU

W ujęciu psychodynamicznym proces zachodzący między byciem a stawaniem się zakłada nieustanne napięcie między dążeniem do zachowania stabilności struktury psychicznej a koniecznością jej przekraczania w kontakcie z nową rzeczywistością. Aparat psychiczny stale negocjuje między nieświadomymi powtórzeniami z przeszłości a impulsami do wzrostu i integracji, które napędzają strukturę ego do przodu. Życie nie jest prostym trwaniem, lecz nieprzerwanym ruchem adaptacji i przepracowywania wewnętrznych konfliktów, w którym podmiot nieustannie rekonfiguruje swój świat wewnętrzny w odpowiedzi na relacje z obiektami i realnością zewnętrzną.


​Tę samą prawdę o ludzkiej naturze, która pulsuje w nieustannym ruchu i przemianie, odnajdziemy w literaturze.

Wystarczy pójść śladem bohaterów książki Olgi Tokarczuk Bieguni, gdzie życie okazuje się dziać w drodze, w pęknięciach, w gotowości do tranzytu, podczas gdy kurczowe trzymanie się raz obranej, sztywnej formy oznacza psychiczną martwotę. Sama konstrukcja książki, w której brak linearnej fabuły i stałego punktu odniesienia, a za to tworzą ją luźno powiązane ze sobą anegdoty, historie i seseje jest odzwierciedleniem tożsamości współczesnego człowiek. Ten człowiek – mimo wielu czynionych przez wielu zabiegów – nie jest spójną, zamkniętą całością, lecz procesem stale uzupełnianym przez luźne doświadczenia w drodze.


Podobnie u Virginii Woolf w Pani Dalloway, gdzie wewnętrzny puls bohaterów mierzy się mikro-momentami uświadomienia sobie własnej obecności – uderzeniem fali egzystencjalnej zapachem kwiatów czy dźwiękiem zegara, które nagle przypominają, że człowiek jest nierozerwalną całością zanurzoną w czasie. ​Życie nie jest więc dla bohaterów stanem gotowym, zamkniętym, a ciągłym procesem doświadczania obecnej chwili.


Sztuka z kolei potrafi ubrać ten wewnętrzny proces w niemal namacalne kształty.

Wystarczy spojrzeć na niezwykłe, smukłe i niemalże ażurowe rzeźby Alberta Giacomettiego (1901–1966). Jego postaci wydają się niemalże przed chwilą wyłonić z niebytu; są naznaczone przestrzenią, chwiejne, zmagające się z czasem i grawitacją. To ciała w drodze – nieidealne, naznaczone wysiłkiem, a jednocześnie emanujące surową, niepokorną energią istnienia.

obok: Giacometti at Galerie Maeght, in Paris, in 1961. Photograph by Henri Cartier-Bresson / Magnum


Alberto Giacometti – Kroczący człowiek (1960)

​Sztuka nie jest (lub być nie powinna) jednoznaczna. Stąd moje odczytanie Człowieka kroczącego jako uchwycenie momentu przejścia z zamkniętego stanu „bycia” w bolesny, chwiejny proces dynamicznego „stawiania się”. Ciało nie wydaje się skończoną formą – można je oszacować jako to, które właśnie wyłoniło się z tortur egzystencjalnych, ale też jako podążające i gotowe na kolejne doświadczenia. Kruche i bardzo niedoskonałe, i jednocześnie silne i zdeterminowane. Twarz nie ma tu większego znaczenia, stanowi spójny element całości ciała – ciała kroczącego.


Często ten sam pulsujący rytm zmienności życia odnajdujemy w muzyce, choćby w miniaturach Fryderyka Chopina, które zamykają w sobie całą paletę skrajnych stanów – od głębokiej melancholii po świetlistą nadzieję – udowadniając, że bycie żywym oznacza pełną gamę barw, a nie płaską, bezpieczną linię.

Oto przykłady:

Pierwszy utwór – dynamiczny, radosny, lekki.

Drugi – niesamowicie mroczny, wręcz w swojej mroczności trudny do wytrzymania.

Zaprezentowałam bardzo krótkie formy, skrajnie różne od siebie w klimacie. Zależało mi na przytoczeniu – nadal w kontekście dzisiejszego cytatu – muzycznych obrazów wyrażających różne elementy i odcienie życia. Ekstatyczna witalność, a po chwili przygniatająca melancholia. Ciągły ruch, pulsowanie, ale też zapadanie się i bezruch. Wydaje się, że słychać w nich „bycie” tu i teraz, ale też w tym „byciu” pogłębianie się stanów zadowolenia lub opadania z sił – cokolwiek z tych odczuć występuje w tych utworach, i tak ilustrują one tak po prostu ludzkie życie.

Choć nie dmuchali w moje żagle, odpłynąłem. – śpiewa Kortez w swoim utworze Hej Wy. Podobnie jak w wielu swoich muzycznych przekazach rozlicza się z niełatwą przeszłością. Życie wyszło różnie, ale dzięki uświadomieniu sobie własnych trudów możliwe stało się „stawanie”, zamiast biernego tkwienia i jedynie „bycia”.


Nawet po wielu krokach wstecz możliwa jest zmiana tego, jak żyjesz. Tupanie w miejscu, to też wykonywanie ruchów, ale ostatecznie doprowadzi do zapadnięcia się.

Do spotkania za tydzień, jak zwykle we wtorek. Przyjrzymy się naszym maskom. Zapraszam!


Twoje REFLEKSY

Warto, żebyś co jakiś czas zatrzymał/a się w swojej codzienności i zadał/a sobie proste pytanie:

  • Czy ja dzisiaj naprawdę j e s t e m, czy tylko mechanicznie odtwarzam wczorajszy dzień? – Pozwól sobie na tę odrobinę niepewności, która może wprawdzie sprawić Ci chwilową niewygodę, ale dzięki niej możesz nabrać odwagi, by robić nowe kroki, testować nowe obszary – po prostu starać się lepiej żyć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *