Dziś REFLEKSY psychodynamiczne – kolejny już odcinek cyklu w którym regularnie – w każdy wtorek – będę brała na warsztat jeden cytat. Poprzez pryzmat literatury pięknej, filmów oraz refleksji psychodynamicznej poszukam odpowiedzi na to, co cytowane słowa mówią o naszych nieświadomych mechanizmach i relacji ze światem.


REFLEKSY, część VIII: Kryzys wolności: O ucieczce od decyzji w cieniu bezsilności ​

Do dzisiejszej części REFLEKSÓW wybrałam cytat z twórczości ważnego dla mnie autora Victora Emila Frankla (1905-1997), austriackiego psychiatry i psychoterapeuty pochodzenia żydowskiego.

Więzień obozu jak ognia bał się podejmowania decyzji oraz konieczności przejawiania jakiejkolwiek inicjatywy. Wynikało to z głębokiego przekonania, iż człowiekiem rządzi los, on sam zaś w żadnym razie nie powinien nań wpływać, lecz z pokorą przyjmować jego wyroki.

Człowiek w poszukiwaniu sensu. Głos nadziei z otchłani Holokaustu, Viktor E. Frankl

zdj. Gabinet psychoterapii superEGO

W ekstremalnych warunkach totalnego zniewolenia ludzka psychika musi znaleźć mechanizm obronny, który pozwoli przetrwać nieludzki terror. Jednym z najbardziej zaskakujących, a zarazem tragicznych mechanizmów, jakie zauważył Viktor Frankl w obozie koncentracyjnym, była dobrowolna rezygnacja z własnej sprawczości. Kiedy otoczenie odbiera człowiekowi wszelkie prawa, on sam zaczyna bać się wolności decydowania jak ognia, oddając stery w ręce ślepego losu i bezwzględnych oprawców. ​


W ujęciu psychodynamicznym oraz w psychologii traumy (m.in. w koncepcjach wyuczonej bezradności Martina Seligmana czy mechanizmach obronnych opisywanych przez psychoanalizę) rezygnacja z inicjatywy jest głęboką strategią przetrwania. ​Gdy koszt podjęcia jakiejkolwiek decyzji – i ewentualnego błędu – urasta do rangi życia lub śmierci, a kontrola nad rzeczywistością okazuje się iluzją, ego wybiera najbezpieczniejszą formę obrony: całkowite wycofanie sprawczości i regresję do stanu całkowitego poddaństwa. Człowiek rezygnuje z bycia autorem swojego losu, bo akt woli wymaga energii i niesie ze sobą lęk przed odpowiedzialnością za wynik. Przekonanie, że „wszystko zależy od losu”, zdejmuje z barków ciężar decydowania, ale jednocześnie ostatecznie odbiera człowiekowi poczucie własnego „ja”, sprowadzając go do roli biernego przedmiotu historii.


Gdybym mógł ująć w jakimś obrazie całe zło naszych czasów, wybrałbym ten obraz, tak mi znajomy: wychudły człowiek, z pochyloną głową i zgiętym karkiem, z którego twarzy ani oczu nie można wyczytać cienia myśli.

/Czy to jest człowiek Primo Levi/

zdj. Gabinet psychoterapii superEGO

Gdyby w jednym obrazie zamknąć całe zło systemów totalitarnych, byłby to obraz człowieka z pochyloną głową i zgiętym karkiem, którego twarz i oczy nie zdradzają już nawet cienia myśli. Ten wszechobecny w obozie widok nie był tylko świadectwem skrajnego wycieńczenia fizycznego – był obrazem ostatecznego zniszczenia ludzkiego wnętrza. ​Primo Levi, chemik, więzień obozu, ocalały z Auschwitz, z chirurgiczną precyzją opisał w książce Czy to jest człowiek proces, w którym obóz powoli, ale skutecznie odzierał więźniów z cech indywidualnych. Maszyna obozowa dążyła do tego, by uczynić z ludzi posłuszną masę, pozbawioną zdolności do buntu, a nawet do wyobrażania sobie jakiejkolwiek przyszłości poza drutami. Levi pokazuje, jak totalitaryzm niszczy sprawczość: sprawia, że człowiek zaczyna bać się jakiegokolwiek wyboru, ponieważ w świecie odebranych praw każdy wybór oznacza wzięcie ciężaru odpowiedzialności, na który ofiara nie ma już sił. ​Odczłowieczony, uwięziony w chronicznym lęku więzień staje się bezwładny. W takich warunkach odebrana zostaje nie tylko nadzieja, ale i fundament podmiotowości – dlatego znalezienie w sobie chociażby minimum buntu czy wolnej woli wymagało tam niemal nadludzkiej determinacji.

Levi nie przeciwstawia sobie jedynie więźniów i oprawców. Pisze o tzw. „szarej strefie” (również w eseju Pogrążeni i ocaleni), gdzie w skrajnie zdehumanizowanej społeczności ludzie widzą wyłącznie jeden cel: przetrwać. A żeby przetrwać trzeba zdobywać, wymieniać się, ale też kraść i czekać na uzyskanie kawałka wolnego miejsca na pryczy po tym, jak towarzysz niedoli umrze z wyczerpania.


​Oprócz tytułu i zarysu fabuły nie znałam dotąd filmu Syn Szawła w reżyserii László Nemesa (2015). Kiedy szukałam w internecie dzieła pasującego do dzisiejszego tematu, to właśnie ten obraz pojawił się jako jeden z pierwszych. Niektórzy piszą, że tę opowieść można obejrzeć tylko raz. Zgadzam się, choć niektóre fragmenty odtwarzałam kilkakrotnie. To niezwykle ciężki przekaz, a w początkowych scenach widzimy wręcz paraliżującą rzeczywistość obozową, w której jakikolwiek przejaw niezależnej inicjatywy wydaje się graniczyć z cudem.

​Stan, o którym pisał Frankl w zacytowanym przeze mnie powyżej fragmencie, najsilniej oddaje właśnie ten węgierski dramat.

Główny bohater, Szaweł Ausländer, węgierski Żyd, członek Sonderkommando (oddział żydowskich więźniów zmuszonych asystować hitlerowcom przy ich największych zbrodniach) porusza się po obozie Auschwitz-Birkenau jak w transie – z twarzą pozbawioną emocji, odruchowo wykonuje mechaniczne polecenia oprawców. Ten film to zapis jedynie 48 godzin, a oglądałam go z myślą, że jedna scena, krótka, minutowa, wystarczyłaby człowiekowi na całe życie, by koszmary zaburzały mu zdrowe funkcjonowanie. Zapewne – jak każdy w tym piekle – Szaweł chciał po prostu przetrwać. .

Kadr z filmu Syn Szawła, zdj. Gabinet psychoterapii superEGO

W pewnym momencie jego uwaga skupiła się jednak na jednym desperackim, niemal obsesyjnym akcie woli: podjął wyzwanie graniczące z niemożliwością o pochowaniu obcego sobie chłopca, którego nazywał swoim synem.

Czy Szaweł rzeczywiście miał syna i czy to jest w tej historii najważniejsze? Mężczyzna w miejscu zaprzeczającym jakimkolwiek przejawom humanitaryzmu ukrywa, a następnie dźwiga zwłoki chłopca, ryzykując własne życie. Czy po to, by zachować choć odrobinę ludzkiej godności i pochować je zgodnie z żydowskim rytuałem? Czy wiedząc przecież, że sam nie wyjdzie z obozu żywy, chciał w ten sposób godnie ocalić własną wolną wolę – tę część siebie, która wciąż pozostawała mimo wszystko wyłącznie jego?

​Film kończy się symbolicznie i wieloznacznie, lecz w moim odbiorze niesie mimo wszystko nadzieję. Pokazuje z bliska dokładnie to, co opisywał Frankl: choć otoczenie obozowe miażdży wszelką wolność wyboru, powrót do choćby najmniejszego przejawu własnej inicjatywy staje się aktem najwyższego, niemal nadludzkiego oporu przeciwko wszechogarniającej bezradności.


Melancholia w sztuce bywa przedstawiana jako stan, w którym świat zewnętrzny traci barwy, a wewnętrzna energia zamiera. ​Gdy poczucie braku sensu zaczyna obezwładniać, człowiek doświadcza paraliżu woli, który jest w gruncie rzeczy bliski temu, co przeżywali więźniowie w obozach. Wbrew temu, co dzieje się wokół – lub w samym człowieku – podniesienie się i codzienne funkcjonowanie wymaga gigantycznego, niemal nieludzkiego wysiłku.

Melancholia w obrazach Edvarda Muncha (1892-1908) nie jest jedynie ulotnym nastrojem, a raczej wpisaną w życie odpowiedzią na utraty i braki. Zapewne artysta wykorzystywał twórczość do radzenia sobie z własnymi traumami, których w swoim bardzo krótkim życiu sporo doświadczył.

Poniżej widzimy mężczyznę siedzącego nad brzegiem morza. Wydaje się być pogrążony w swoich myślach, zrezygnowany, wybierający samotność. To Melancholia Edvarda Muncha z roku 1891.

Edvard Munch, Melancholie (1891), Wystawa Magia Północy z dziełami Edwarda Muncha w Berlinische Galerie, zdj. Gabinet psychoterapii superEGO

Melancholia i totalitarne piekło spotykają się w tym samym punkcie: w poczuciu, że nadzieja na przyszłość zniknęła, a każdy kolejny krok to ciężar nie do uniesienia.


Twoje REFLEKSY

Kiedy w Twoim codziennym życiu pojawia się lęk przed podjęciem decyzji lub bierność wobec trudnych sytuacji, zatrzymaj się na chwilę i spójrz w głąb siebie:

  • ​Czy w momentach kryzysu nie łapię się na tym, że wolę, aby „los zadecydował za mnie”, niż wziąć odpowiedzialność za wybór i jego konsekwencje? ​
  • Gdzie w mojej historii pojawia się lęk przed przejawieniem inicjatywy i zrzucanie sprawczości na czynniki zewnętrzne? ​
  • Czy potrafię odnaleźć w sobie odwagę do małych, codziennych wyborów, które przypominają mi, że – w przeciwieństwie do więźniów obozu – nadal jestem autorką swojego życia?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *