Rozpoczynam dziś REFLEKSY psychodynamiczne – nowy cykl, w którym regularnie – w każdy wtorek – będę brała na warsztat jeden cytat. Poprzez pryzmat literatury pięknej, filmów oraz refleksji psychodynamicznej poszukam odpowiedzi na to, co cytowane słowa mówią o naszych nieświadomych mechanizmach i relacji ze światem.


REFLEKSY, cz. I: Ciche przyzwolenie. Dlaczego świat traktuje nas tak, jak my sami?

Na start cyklu wybrałam cytat, który przypisany jest Sonyi Friedman, a który zacytowała w swojej książce pt. „Najważniejszy związek czyli mądra miłość do siebie” (s. 18) Iwona Majewska – Opiełka. Cytat brzmi:

Sposób, w jaki traktujesz siebie, ustala standardy dla innych.

Niektórzy ludzie uważają, że o tym, jak traktują ich inni, decydują oni sami – ich kultura, wychowanie, empatia lub jej brak. Oburzają się, gdy ktoś przekracza ich granice, nie szanuje ich czasu albo traktuje ich z lekceważeniem. Tymczasem, jak celnie zauważa Sonia Friedman, otoczenie rzadko samo z siebie wpada na to, jak powinno nas traktować. Ono po prostu czyta wysyłane przez nas sygnały. Sposób, w jaki obchodzimy się sami ze sobą – na co się zgadzamy, co milcząco tolerujemy, jak mówimy do siebie w myślach i jak dbamy o własne potrzeby – staje się dla naszego otoczenia instrukcją obsługi nas samych. ​


Z perspektywy psychodynamicznej zasada, że sposób, w jaki traktujesz siebie, ustala standardy dla innych, celnie opisuje mechanizm introjekcji oraz ugruntowywania relacji z obiektem. Zanim otoczenie zacznie nas szanować, ignorować lub przekraczać nasze granice, najpierw proces ten dokonuje się wewnątrz naszego aparatu psychicznego. Sposób, w jaki obchodzimy się z własnymi potrzebami, afektami i słabościami, staje się nieświadomym komunikatem oraz cichą instrukcją obsługi, którą nieustannie emitujemy na zewnątrz. Jeśli w strukturze superego zinternalizowaliśmy postać krytycznego, wymagającego lub obojętnego opiekuna, będziemy przymusowo odtwarzać ten schemat w dorosłych relacjach, nieświadomie selekcjonując partnerów i środowiska, które powielają ten sam standard lekceważenia. Nasza nieświadomość dąży do kompulsywnego domknięcia znanych scenariuszy z przeszłości, co sprawia, że nierzadko sami prowokujemy sytuacje potwierdzające najgorsze przekonania o własnej wartości. Osoba, która w głębi struktury ja nosi przekonanie o własnej wybrakowaniu, będzie tolerować mikroagresję i brak szacunku, jednocześnie doświadczając bolesnego zdziwienia, że świat traktuje ją w ten sam sposób. Prawdziwa renegocjacja granic nie zaczyna się zatem od zewnętrznej konfrontacji z otoczeniem, lecz od trudnej, uwalniającej pracy nad tym, jak traktujemy siebie w ciszy własnego umysłu. Dopiero gdy przestaniemy internalizować wewnętrznego prześladowcę, zyskamy szansę na to, by przestać spotykać go w relacjach z innymi.


Jestem zdania, że możemy mówić i przekazywać innym wartości dla nas istotne za pomocą różnych znaków. Dlatego przy okazji każdego wpisu wyszukuję w pamięci czy też korzystam z podpowiedzi innych, przykłady ze świata filmu, literatury, malarstwa czy rzeźby, po to by wzmocnić i wzbogacić przekaz, którym z Wami chcę się podzielić.

Zacznę od filmu. W związku z dzisiejszym cytatem przyszedł mi do głowy tytuł Erin Brockovich. Znajdziecie go w na jednej platform filmowych. Polecam obraz, bo to poruszająca opowieść.

Poniżej kilka kadrów.

W filmie Erin Brockovich w reżyserii Stevena Soderbergh’a główna bohaterka startuje z pozycji osoby całkowicie ignorowanej przez świat, lekceważonej ze względu na swój status, wygląd i ubiór. Jednak jej absolutna niezgoda na brak szacunku i determinacja, sprawiają, że korporacje i otoczenie muszą zacząć się z nią liczyć. Film doskonale ilustruje tezę wyjściową mojego dzisiejszego wpisu.


W literaturze wróciłam do twórczości Sally Rooney, głównie do jej Normalnych ludzi, gdzie bohaterowie nieustannie badają granice tego, na co pozwalają innym ze względu na własny lęk przed odrzuceniem. Relacje, których doświadczają zmieniają się dla nich na korzyść dopiero wówczas, gdy przestają zadowalać świat kosztem samych siebie.

Można marzyć, by być „normalnymi ludźmi”. Tylko kto jest tym normalnym. Czy dążenie do społecznej normy ma w ogóle sens? Czy normalność powinna się chronić z atrakcyjniejszą fasadą? Ciekawa jestem Waszego myślenia… [pole do wpisu znajdziesz na końcu artykułu]


W sztukach wizualnych temat wychodzenia z pozycji ofiary, walki o swoją godność i życie według własnych wartości odnalazłam w wielu miejscach. Poniżej prezentuję Wam dwie wybitne artystki, silne osobowości, jedna żyła i tworzyła w XVII wieku, a druga z nich w XX. Odległe latami, różne w formach przekazu, ale podobnie zdeterminowane.

Z jednej strony mamy bezkompromisowe autoportrety Artemisias Gentileschi – kobiety, która pędzlem i niezłomną wiarą we własną wartość odrzuciła rolę ofiary.

na zdj. Artemisia Gentileschi, Judyta i Holofernes, ok. 1613, Museo Nazionale di Capodimonte

Artemisias Gentileschi była wybitną włoską malarką okresu wczesnego baroku, jedną z pierwszych kobiet, które zdobyły uznanie i międzynarodową sławę w zdominowanym przez mężczyzn świecie sztuki XVII wieku.

Była pierwszą kobietą przyjętą do prestiżowej Akademii Sztuk Pięknych we Florencji.

Jako nastolatka została zgwałcona przez malarza Agostino Tassiego, współpracownika jej ojca. Proces sądowy, który wytoczyła oprawcy, był niezwykle głośny i brutalny dla samej artystki (poddano ją m.in. torturom). Doświadczenie to i gniew znalazły potężny wyraz w jej sztuce – jej najsłynniejsze dzieło to Judyta odcinająca głowę Holofernesowi.
Współcześnie jest uznawana nie tylko za genialną artystkę, ale również za ikonę feminizmu i symbol walki z przemocą oraz niesprawiedliwością systemową.


W sztuce współczesnej z kolei, potężnym manifestem granic i ochrony własnego miejsca na ziemi jest twórczość m.in. Louise Bourgeois (szczególnie jej słynna seria gigantycznych pająków zatytułowana Maman).

na zdj. Louise Bourgeois as the “mother of spiders”. Photo © Peter Bellamy

​Ta wybitna francusko-amerykańska rzeźbiarka i malarka, uważana za jedną z najważniejszych postaci sztuki XX wieku. Sławę i uznanie zdobyła jednak bardzo późno – przełom w jej karierze nastąpił, gdy miała ponad 70 lat. ​​Twórczość Bourgeois wyrasta bezpośrednio z jej trudnych doświadczeń domowych i relacji z ojcem, dyktatorskim i patriarchalnym człowiekiem, który latami zdradzał matkę z ich domową guwernantką, z którą Louise była zresztą bardzo zżyta. Rodzina udawała jednak przed otoczeniem, że nic się nie dzieje, co wywołało u małej Louise głęboki lęk, poczucie zdrady i wstydu. Matka Louise, spokojna i dumna kobieta, zmarła, gdy artystka była młoda. Traumę po tej stracie, a także gniew na ojca, Bourgeois przetwarzała w sztuce przez całe życie. Jej prace to dosłownie egzorcyzmowanie rodzinnych demonów. ​Determinacja i sztuka „kobiety po przejściach” ​Louise Bourgeois to wzór niezwykłej determinacji i dowód na to, że na wielki sukces nigdy nie jest za późno. A warto zaznaczyć, że zaczynała w zdominowanym przez mężczyzn świecie sztuki połowy XX wieku (najpierw w Paryżu, potem w Nowym Jorku). Przez dekady była w cieniu swojego męża, Roberta Goldwatera, i wychowywała trójkę dzieci, traktując sztukę jako prywatną terapię. ​Zamiast walczyć z wiekiem, przekuła swoje doświadczenia „kobiety po przejściach” w unikalny atut. Jej sztuka dojrzała, stała się bezkompromisowa i głęboko psychologiczna dopiero wtedy, gdy odrzuciła artystyczne konwencje. Prawdziwy przełom przyniosła jej wielka retrospektywa w MoMA w Nowym Jorku w 1982 roku, kiedy miała już 71 lat.

Gigantyczne Pająki (Maman) – to jej najbardziej znany symbol. Olbrzymie rzeźby pająków (stojące m.in. przed muzeum Guggenheim w Bilbao czy Tate Modern w Londynie) wbrew pozorom nie budzą grozy – są hołdem dla matki artystki. Pająk symbolizuje dla niej matkę: silną, mądrą, reperującą świat (jak tkaczka), opiekuńczą i chroniącą swoje dzieci. ​

Bourgeois udowodniła, że bolesna przeszłość może stać się paliwem do stworzenia genialnej sztuki, a wiek i płeć nie są żadną przeszkodą, by w pełni rozkwitnąć na własnych warunkach.

Obydwie artystki obrały sztukę jako osobiste potężne tarcze i narzędzia dla własnego zdrowienia. Doświadczały trudnych przeżyć, a mimo tego potrafiły wypowiedzieć się własnymi głosami w tym patriarchalnym świecie.


Sceptycy powiedzą, że takie zmagania, a yum bardziej te zakończone sukcesem, możliwe są jedynie w filmach czy w książkach, że w życiu tak się nie zdarza. Myślę jednak – i zapewne zgodzicie się ze mną – że nie zawsze szyjemy własne ż​ycie z gotowych tkanin, darowanych nam przez bliskich (a często ci sami bliscy czy dalsze otoczenie próbują nas wcisnąć w skrojone na swoją miarę uniformy). Bywam, że ktoś przędzie z pojedynczych nitek, rozplątuje nieswoje węzły – i tak skrawek do skrawka tworzy swoją codzienność. Do tego niezbędne są: ogromna determinacja, podejmowanie prób mimo początkowych niepowodzeń, szukanie wsparcia w życzliwym otoczeniu, ale też nabieranie poczucia, że teraz już jest się już zarządcą własnego życia i to od nas zależy, jak ono będzie wyglądało.

Często wracam do sytuacji z warsztatów, które wiele lat temu prowadziłam dla liderów grup dla młodych podopiecznych ze środowisk ubogich i przestępczych. Większość z nich – tych dwudziestokilkuletnich liderów – wywodziło się z takich właśnie miejsc. Oni sami w dzieciństwie doświadczali przemocy i właściwie całej gamy patologii ze strony rodzin i środowisk, w których wzrastali. W grupie był m.in. na Filippe (imię zmienione), Spokojny, skupiony na zadaniach, małomówny. Jedno z ćwiczeń przeżył w ogromnych emocjach, do tego stopnia, że oddalił się od grupy i dopracowywał je w szczegółach w samotności. Dołączył do grupy dopiero wówczas, gdy poczuł, że skończył tworzyć i że jest gotowy na podzielenie się swoimi refleksjami. Opowiedział przy tym kilka swoich ciężkich historii. Podsumował wszystko tak: To ćwiczenie zakładało, że mam zniszczyć, to, co chwilę temu wypracowałem na warsztatach. Kiedyś zrobiłbym to bez zastanowienia – byłem bardzo wpływowy i niepewny siebie i za wszelką cenę pragnąłem akceptacji. Dziś już nie, nie ma mowy! Za dużo przeszedłem, dużo wycierpiałem. Dziś już się nie daję! – Był przy tym spokojny i pewny tego, co mówił.

Wyjść z biedy, poniżania i braku dobrych wzorców i mimo tego, uczyć się dobrze żyć – mnie to wzrusza i daje nadzieję.

Przykłady można mnożyć, ale nie to było moją intencją. Chcę jedynie pobudzić Cię do zamyślenia nad własnym życiem, własną siłą lub jej brakiem, nad postawą wobec innych i związanymi z tym konsekwencjami.


W następny wtorek zapraszam na kolejny odcinek REFLEKSÓW psychodynamicznych. Przyjrzymy się zabiegom mającym poprawiać jakość życia. Polecam!


Na koniec czas na Twoje REFLEKSY, wrażenia i myśli.

Twoje REFLEKSY

​Kiedy czujesz, że inni przekraczają Twoje granice lub nie traktują Cię z szacunkiem, zatrzymaj się na chwilę i spójrz w głąb siebie: ​

  • W jakich momentach po cichu zgadzam się na traktowanie, które mnie rani, wysyłając otoczeniu sygnał, że „można tak ze mną postępować”? ​
  • Jak traktuję siebie w chwilach zmęczenia, błędu czy słabości – czy jestem dla siebie wyrozumiała/y, czy bezwzględnym krytykiem?
  • Jaką jedną, niewielką granicę mogę dzisiaj postawić w relacji ze światem, by pokazać sobie, że zasługuję na szacunek?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *