Zdarzyło Ci się kiedyś wyjść z gabinetu albo z warsztatów z poczuciem, że niby wszystko zrozumiałeś/aś, ale tak naprawdę… nie do końca? W dzisiejszym świecie pojęcia psychologiczne rozchodzą się błyskawicznie. Są skracane, upraszczane i rzucane na wiatr w internetowych rolkach. W efekcie słowa takie jak trauma, rezyliencja, projekcja, narcyzm czy wewnętrzne dziecko zaczynają znaczyć wszystko i nic.
W każdy czwartek w Cyklu CO JEST CO? przyjrzymy się jednemu określeniu, z którym spotykasz się w rozwoju osobistym. Odczarowujemy trudne terminy, sprawdzimy, skąd się wzięły i co naprawdę oznaczają.
CO JEST CO?, cz. IV – Unieważnianie emocjonalne. Kiedy Twoje „czuję” zderza się z murem
Czym jest unieważnianie?
Unieważnianie to lekceważenie, minimalizowanie lub negowanie czyichś uczuć, myśli albo doświadczeń. To komunikat – wysyłany wprost lub ukryty między wierszami – który mówi: „To, co czujesz, jest nieważne, głupie albo po prostu nieprawdziwe”. Często pojawia się tam, gdzie obiektywnie nie ma się do czego przyczepić, ponieważ warunki życia, rozwój, zaspokajane potrzeby i bezpieczeństwo kształtują się pozytywnie, co tym bardziej potęguje u osoby unieważnianej poczucie winy i wstydu, że w ogóle śmie narzekać, wyrażać niezadowolenie czy cierpieć.
Jak unieważnianie brzmi w codziennym życiu?
Unieważnianie najczęściej przybiera bardzo subtelne formy, przez co tak łatwo w nie uwierzyć. Pojawia się w takich komunikatach, jak:
Banalizowanie i minimalizowanie:
„Czy ty czasem nie przesadzasz?”, „Wyluzuj, przecież nic się nie stało” ,”Ogarnij się! Nie masz powodu do płaczu”.
Ocenianie i krytyka:
„Jesteś zbyt wrażliwy/a”, „Zachowujesz się jak dziecko”, „Oszalałeś/aś?”.
Dawanie „dobrych rad” zamiast wysłuchania:
„Po prostu weź się w garść i przestań o tym myśleć”.
Zaprzeczanie rzeczywistości (gaslighting):
„Wcale tak nie było”, „Wymyślasz to sobie”.
Ignorowanie:
Zmiana tematu, milczenie lub ostentacyjne zajęcie się czymś innym.
Zmienianie narracji:
„Przecież żartowałem, nie masz poczucia humoru”, „Nic takiego nie miałem na myśli”.
Jak rozpoznać, że jesteś unieważniany/a – zwłaszcza jeśli żyjesz w tym od zawsze?
A co jeśli nikt życzliwy z boku nie otworzył Ci oczu, a Ty tkwisz w tym od dziecka? Jak to zauważyć, skoro unieważnianie stało się Twoją drugą skórą?
Z pomocą przychodzi Twoje ciało i stan psychiczny. Ciało nie kłamie i pamięta to, co umysł od lat wypiera, by przetrwać.
Sygnały mówiące o tym, że od dawna żyjesz w przestrzeni, która Cię unieważnia, to m.in.:
Przewlekłe odcięcie od siebie:
Masz wrażenie, że nie wiesz, czego chcesz, co czujesz, a każda prosta decyzja wywołuje paraliżujący lęk przed pomyłką.
Ciało w stanie alarmu:
Przed i/lub po rozmowie z bliską osobą czujesz fizyczne wyczerpanie, ściśnięty żołądek, migrenę, kłucie w klatce piersiowej albo nagłą senność.
Automatyczne przepraszanie za istnienie:
Łapiesz się na tym, że co chwilę mówisz „przepraszam” – za to, że żyjesz, że masz inne zdanie, że zajmujesz przestrzeń, że czujesz zmęczenie lub smutek.
Wieczne poczucie, że „z tobą jest coś nie tak”:
Chociaż obiektywnie radzisz sobie w życiu, towarzyszy Ci głębokie, ciche poczucie wadliwości – i przekonanie, że gdyby inni naprawdę Cię poznali, odsunęliby się od Ciebie.
A co, jeśli źródłem rany jest własna matka, mąż lub bliska osoba?
Najtrudniej dostrzec unieważnianie wtedy, gdy pochodzi od kogoś bliskiego. Jeśli matka przez całe życie powtarzała: „przesadzasz, nic ci nie jest” – traktujesz to jako prawdę o sobie, bo ufałeś/aś jej jak własnemu odbiciu w lustrze.
Z kolei w relacjach partnerskich unieważnianie często przybiera maskę pozornej troski i chęci pomocy. Pod tą fasadą może kryć się chęć ucieczki od Twoich problemów, złość, że trzeba Cię wysłuchać albo skrywana zawiść: „skoro masz w moich oczach tak dobrze, to nie masz prawa cierpieć, więc nie zawracaj mi głowy sobą”.
Z drugiej strony, unieważnianie bywa też owocem lęku po stronie słuchającego – gdy ktoś czuje paraliżującą odpowiedzialność, że „musi” Ci pomóc, a nie czuje się do tego kompetentny, ucieka np. w spłycanie tematu („wyśpij się, wszystko będzie dobrze”).
Co kryje się pod powierzchnią unieważniania? Dlaczego trwamy w tym klinczu?
Najtrudniejsza prawda, z jaką spotykam w gabinecie, brzmi: czasami unieważnianie jest osobie unieważnianej na rękę.
Dopóki tkwisz w relacji z kimś, kto Cię regularnie pomniejsza, kto decyduje za Ciebie, myśli za Ciebie, a przy okazji sprowadza Twoje ambicje do parteru, korzystasz nieświadomie z „zysku wtórnego” unieważniania. Nie musisz mierzyć się z trudnymi wyzwaniami, brać pełnej odpowiedzialności za własne życie czy ryzykować porażką. Skoro partner/ka nie bije, nie pije, jest w miarę troskliwy/a, a jedynie przy okazji Cię unieważnia – relacja może wydawać się całkiem komfortowa. Żyjesz w bezpiecznym cieniu kogoś silniejszego, utwierdzany/a w przekonaniu, że sam/a i tak byś sobie nie poradził/a lepiej. Możesz tkwić w tym klinczu nieświadomie długie lata, dopóki zetknięcie z kimś innym, kryzys albo ból, którego nie da się już zagłuszyć, nie obudzą w Tobie pragnienia, by w końcu stanąć na własnych nogach.
Pytanie dla Ciebie
Czy zauważasz u siebie, że od lat zgadzasz się na rolę tej „mniej mądrej” / „mniej mądrego” „przewrażliwionej” / „przewrażliwionego” lub „narzekającej” / „narzekającego”, a Twoje ciało stale wysyła Ci sygnały zmęczenia i napięcia, a samoocena pikuje w dół?
Czasami warto przyjrzeć się temu klinczowi z bliska, by odzyskać kontakt z własnym głosem, ciałem i siłą. Nie bagatelizuj tego, co czujesz. To najważniejszy alert!

