Dziś REFLEKSY psychodynamiczne – kolejny już odcinek cyklu w którym regularnie – w każdy wtorek – będę brała na warsztat jeden cytat. Poprzez pryzmat literatury pięknej, filmów oraz refleksji psychodynamicznej poszukam odpowiedzi na to, co cytowane słowa mówią o naszych nieświadomych mechanizmach i relacji ze światem.
REFLEKSY, cz. III: O czym Twoje ciało mówi do Ciebie?

Ciało przemawia wieloma językami. Przemawia kolorem i temperaturą, rumieńcem rozpoznania, blaskiem miłości, popiołami bólu, żarem podniecenia, chłodem obojętności. Przemawia nieustannym, niedostrzegalnym tańcem, czasem kołysaniem, czasem pląsaniem, czasem drżeniem. Każde radosne drgnięcie serca, każdy upadek ducha, depresja, budząca się nadzieja znaczą się w ciele.
/Estés C. P., Biegnąca z wilkami/
zdj. Gabinet psychoterapii superEGO
Zacytowane przeze mnie słowa Clarissy Pinkola Estés z Biegnącej z wilkami działają jak mały refleks światła – ostry, niespodziewany blask, który na moment rozświetla coś, co na co dzień umyka naszej uwadze. Bo przecież bywają takie chwile, kiedy słowa po prostu znikają, a zostaje tylko ściśnięte gardło, nagły chłód w plecach, zaciśnięte szczęki albo drżenie rąk, nad którymi trudno zapanować. W przestrzeni gabinetu bardzo szybko okazuje się, że człowiek przychodzi nie tylko ze swoimi opowieściami, ale przede wszystkim ze swoim ciałem. To najbardziej lojalny archiwistą tego, co dawno wyparte, zamrożone lub odcięte w obronie przed cierpieniem. Gdy pamięć jawna milczy, tkanki wciąż pamiętają.
Często żyjemy tak, jakbyśmy składali się głównie z myśli, a ciało było jedynie cichym tłem, które ma po prostu sprawnie nosić nas przez świat. A przecież ono stale do nas mówi. Mówi w sposób bardzo konkretny i żywy – zanim jeszcze zdążymy pomyśleć, co właściwie czujemy. Zdradza naszą radość szybszym biciem serca, ostrzega chłodem obojętności, pokazuje prawdę o relacji ze światem rumieńcem albo nagłym ciężarem w klatce piersiowej. Wystarczy na chwilę zwolnić, żeby usłyszeć ten nieustanny, ukryty taniec, w którym zapisuje się i jasność, i ból.
Z perspektywy psychodynamicznej i psychosomatycznej cytat Clarissy Pinkola Estés celnie opisuje mechanizm, w którym ciało reaguje na emocje znacznie wcześniej, niż zdołamy je nazwać lub przemyśleć. Zanim włączą się racjonalne mechanizmy obronne ego, układ nerwowy rejestruje stres, lęk czy bliskość, manifestując je pod postacią napięć mięśniowych, zmian temperatury czy przyspieszonego bicia serca. To, co spychamy do nieświadomości i próbujemy zignorować na poziomie umysłu, nie znika – zostaje odłożone w ciele. Depresja, spadek energii czy chroniczne zmęczenie często są efektem nadmiernego wydatkowania zasobów psychicznych na tłumienie trudnych stanów. Uzdrowienie i integracja osobowości wymagają więc rezygnacji z ciągłego zagłuszania sygnałów z ciała i powrotu do uważności na nie, ponieważ to one bezbłędnie pokazują, gdzie w relacjach z sobą i światem tracimy równowagę.
O tej niezwykłej fizycznej mowie emocji opowiada też sztuka – czasem zresztą w sposób poruszający i niesamowicie surowy. Wystarczy spojrzeć na dzieła Egona Schielego, u którego ciała są wykręcone, napięte i zwichrowane, jakby nosiły w sobie cały ciężar wewnętrznych napięć, lęków i stłumionych popędów, nie pozostawiając złudzeń, że fizyczność jest wiernym świadkiem psychicznych dram.
To malarstwo dalekie od akademickiego, szczególnie czasach Schielego (1890-1918). Ciała jego postaci wyglądają jakby były obleczone w zbyt cienkie powłoki przepuszczające wszystko, co dzieje się wewnątrz: zgromadzony lęk, traumy, pobudzoną seksualność. Widzę jakąś trudną do przyjęcia intymność i kruchość tych postaci,

Egon Schiele, 1910



Zupełnie inaczej – ale równie mocno – przemawia malarstwo Luciana Freuda. Jego portrety i akty są ciężkie, mięsiste, wręcz brutalnie szczere – to ciała, które nie udają gładkości, lecz z całą bezwzględnością opowiadają o starzeniu się, zmęczeniu, napięciu i prawdzie biologicznego istnienia, której nie da się wyretuszować żadnym słowem.
Poniżej dwa portrety.



Podobne echa odnajdziemy też w literaturze pięknej. Warto sięgnąć chociażby do powieści Pani Dalloway Virginii Woolf, w której wewnętrzny świat bohaterów i ich dawne, pogrzebane traumy nieustannie przepływają przez zmysły.
Zdj. Gabinet psychoterapii superEGO
W kontekście cytatu, który wybrałam na dziś, ważna jest dla mnie przede wszystkim postać postać Septimusa Smitha z Pani Dalloway. W tej powieści cielesność nie jest tylko tłem, lecz bezpośrednim rejestratorem traumy i wojennej przemocy. Septimus był weteranem I wojny światowej. Cierpiał na to, co współcześnie nazwałoby się zespołem stresu pourazowego (PTSD). Nie uzyskał ani zrozumienia, ani realnej pomocy od medyków i bliskich. Woolf opisała jego stan na poziomie czysto somatycznym: jego ciało stale drżało, reagowało panicznym lękiem na najmniejsze bodźce, a fizyczny ból stawał się jedynym sposobem na wyrażenie tego, co musiało być zepchnięte w głąb nieświadomości.
Z kolei sama Clarissa Dalloway żyła w ciągłym napięciu między sztywną, klasową fasadą, niezbędną by przetrwać w świecie, który od kobiet z wyższych sfer wymagał bezwzględnego panowania nad sobą. Wewnątrz zmagała się z delikatnymi, fizycznymi reakcjami swojego organizmu na wspomnienia, upływ czasu i obecność innych ludzi. Zostawała z tym zupełnie sama.
Ciało w tej prozie dosłownie przechowuje pamięć o niespełnionych pragnieniach, lękach i żałobie, potwierdzając, że przed emocjami nie da się schować w racjonalnym umyśle, ponieważ układ nerwowy i fizyczna tkanka zapisują każdą historię, której nie zdołaliśmy wypowiedzieć na głos.
Te somatyczne refleksy odbijają się zresztą w najróżniejszych zakamarkach kultury, migocząc nam przed oczami w sztuce i literaturze. Pojawiają się chociażby na ekranie, gdy w Czarnym łabędziu Darrena Aronofsky’ego główna bohaterka próbuje osiągnąć perfekcję, odcinając się od własnego cienia, a jej ciało dosłownie zaczyna żyć własnym życiem, somatyzując wewnętrzny rozpad i tłumione pragnienia.


Ciało nie jest jedynie obojętną powłoką, którą nosimy przez życie, ani biernym narzędziem realizacji naszych planów. To najbardziej lojalny, choć często niewygodny świadek naszej historii – archiwum, które cierpliwie zbiera to, na co umysł nie miał słów, siły albo zgody. Kiedy próbujemy uciec przed trudną prawdą o sobie lub zepchnąć w cień bolesne doświadczenia, to właśnie organizm wystawia nam rachunek, reagując napięciem, zmęczeniem albo nagłym buntem. Zamiast walczyć z tymi sygnałami lub traktować je jako błąd w systemie, warto przestać je zagłuszać.
Daj sobie spokojne miejsce i czas na namysł nad sobą, jako całością. Spróbuj poczuć. Zanotuj. Wracaj cyklicznie do siebie. Warto!
Twoje REFLEKSY
Zanim następnym razem machniesz ręką na nagłe napięcie, rumieńce czy zmęczenie, warto zadać sobie proste pytania:
- w jakim języku ciało przemawia do mnie właśnie dzisiaj?
- od jak dawna do mnie mówi?
- o czym próbuje mi opowiedzieć?
- czego boję się usłyszeć?

