Prawdziwa transformacja nie rodzi się z nagłych rewolucji, na które układ nerwowy reaguje paniką i powrotem do starych schematów, lecz z cichych, niemal niezauważalnych mikrokroków w codziennym reagowaniu na stres i relacje z innymi. W tym cyklu będę występowała przeciwko mitom o wiecznym zadowoleniu czy o dokonywaniu natychmiastowych, trwałych zmian. Chcę Wam zaproponować w zamian skupienie się na budowaniu poczucia własnej wartości, stawianiu granic czy zatrzymywaniu destrukcyjnych reakcji.​

Dwa lata temu zamieściłam na stronie Deklarację Poczucia Własnej Wartości Virginii Satir. Chcę teraz do niej wrócić, ponieważ – mimo tego, że to wartościowy literacko tekst, to wiem, że przeczytanie pięknych słów to jedno, a zrobienie z nimi czegokolwiek w momencie, gdy dopada nas stres, samokrytyka czy lęk – to zupełnie inna historia. ​Łatwo jest zgodzić się z ideą, że „wszystko we mnie należy do mnie”. Trudniej w to uwierzyć, kiedy patrzysz w lustro i myślisz o sobie bardzo surowo albo kiedy po raz kolejny zgadzasz się na coś wbrew sobie, bo tak bezpieczniej.

​Jak zatem ugryźć to, o czym pisała Satir, bez popadania w toksyczny optymizm, bez sztucznych afirmacji i bez akademickiego nadęcia? Oto kilka kroków, które możesz wypróbować na co dzień.

​1. Zauważ, czyje „głosy” nosisz w głowie ​

Jednym z najcenniejszych założeń Satir jest uznanie prawa do własnych myśli, uczuć i ciała. W praktyce często okazuje się jednak, że to, co nazywamy „moimi” myśli o sobie, wcale nie należy do nas. ​

Zastanów się: kiedy łapiesz się na myśli „powinienem/powinnam lepiej się starać”, „niczego nie robię porządnie” albo „nie wypada mi się złościć” – czyj to jest głos? Bardzo często nie jest to Twój dorosły głos, ale echo dawnych ocen, wymagań rodziców, szkoły czy środowiska.

​Jak z tego skorzystać?

Zanim uwierzysz w kolejny surowy osąd na swój temat, zadaj sobie proste pytanie: „Czy to jest na pewno moje zdanie, czy po prostu powtarzam starą taśmę, którą ktoś mi kiedyś nagrał w głowie?”. Samo zauważenie tej różnicy potrafi zdjąć z barków mnóstwo zbędnego ciężaru.

​2. Przestań walczyć ze swoimi wadami (bo one też tam są po coś) ​

Często próbujemy zbudować poczucie własnej wartości poprzez wypieranie tego, czego w sobie nie lubimy. Chcemy być tylko miłymi, silnymi, produktywnymi i opanowanymi ludźmi. A cała reszta – zmęczenie, złość, lęk, bezradność – zostaje zepchnięta do piwnicy. ​

Tylko że te trudne części nie znikają. One manifestują się w postaci napięcia w ciele, wybuchów irytacji albo poczucia pustki. Virginia Satir przypominała, że na nasz kapitał składa się absolutnie wszystko: nasze mocne strony, ale też błędy, potknięcia, słabości, porażki czy frustracje.​

Jak z tego skorzystać?

Zamiast mówić sobie w kryzysie: „Muszę się wziąć w garść”, spróbuj podejść do siebie z ciekawością: „Dobrze, teraz czuję lęk i najchętniej schowałbym się pod koc. To jest we mnie. Co ta część próbuje mi powiedzieć?”. Prawdziwa akceptacja zaczyna się tam, gdzie kończy się walka z samym sobą. ​

3. Zgoda na błąd jako dowód na to, że żyjesz ​

Wiele osób odkłada życie na moment, w którym będą „wystarczająco kompetentne”, odporne albo gotowe. Czekamy na moment, w którym przestaniemy popełniać błędy w relacjach, w pracy, w rodzicielstwie. ​Tyle że rozwój nie polega na staniu się nieomylnym. Polega na dawaniu sobie prawa do próbowania, potykania się i wyciągania z tego wniosków. Kiedy odbierasz sobie prawo do błędu, skazujesz się na stałe napięcie i lęk przed oceną. ​

Jak z tego skorzystać?

Zrób mały eksperyment: gdy następnym razem coś pójdzie nie tak (spóźnisz się, powiesz za dużo, podejmiesz złą decyzję), zamiast uruchamiać lawinę samokrytyki, powiedz sobie: „Jestem człowiekiem. To miało prawo mi nie wyjść. Co mogę z tym zrobić teraz?”. ​

4. Bądź dla siebie bezpieczną bazą

​Poczucie własnej wartości nie bierze się z tego, że świat nas jedynie pozytywnie zauważa i nas chwali (chociaż to miłe). Ono wyrasta z poczucia, że bez względu na to, jak potoczy się dzień, masz w sobie kogoś, kto przed Tobą nie ucieknie – Ciebie samego.


​Jeśli czujesz, że utknąłeś w trybie ciągłego oceniania siebie, krytykowania za każdy krok i dopasowywania się do oczekiwań innych, nie musisz od razu robić rewolucji. Wystarczy, że zaczniesz od małych kroków: zauważenia swoich granic, nazwania tego, co czujesz, i dania sobie prawa do bycia niedoskonałym. I zauważ, że nie napisałam, że to łatwe, że szybko pójdzie. ​Można zacząć od obserwać tego, ile czasu oddaję innym lub po prosyu marnuję i choć część z tego poświęcić sobie. Powodzenia!

Można np. zacząć od wartościowej lektury, m.in. od Rodzina. Tu powstaje człowiek, Virginia Satir