Dziś REFLEKSY psychodynamiczne – VI kolejny już odcinek cyklu w którym regularnie – w każdy wtorek – będę brała na warsztat jeden cytat. Poprzez pryzmat literatury pięknej, filmów oraz refleksji psychodynamicznej poszukam odpowiedzi na to, co cytowane słowa mówią o naszych nieświadomych mechanizmach i relacji ze światem.


REFLEKSY, cz. VI: Życie w mroku. O naturze depresji

Październik przynosi ze sobą naturalny ubytek światła. Dni stają się krótsze, a za oknem coraz częściej rozpościera się szarość. Jednak prawdziwy, głęboki mrok, o którym pisał William Styron w swoim wstrząsającym pamiętniku Ciemność widoma, nie ma wiele wspólnego z kalendarzową jesienią. To stan, w którym świat traci swój blask nie z powodu chmur na niebie, ale dlatego, że gaśnie wewnętrzne źródło światła w człowieku.

Aura depresji nie podlega żadnym modulacjom. Dominuje w niej mrok, światło traci swój blask.

William Styron, Ciemność widoma. Pamiętnik o szaleństwie

Więcej o książce: TU

​

Często wracam do tej niewielkiej w liczbie stron, ale ogromnej w przekazie, książki. Można ją otworzyć w losowym miejscu i spotkać między innymi takie określenia: „miałem obniżone poczucie własnej wartości”, „czułem się odrętwiały i znużony, a przede wszystkim dziwnie słaby i pozbawiony energii”, „odczuwałem bezbrzeżną bolesną samotność”, „depresja w swojej najcięższej postaci jest rodzajem szaleństwa”, „najbardziej dotkliwe były zaburzenia snu”, „rojenia na temat własnej śmierci (…) dla pogrążonego w głębokiej depresji umysłu są tym, czym erotyczne fantazje dla kogoś mającego wyjątkowo silne potrzeby seksualne” i wiele innych.


W ujęciu psychodynamicznym depresja nie jest po prostu smutkiem, gorszym nastrojem czy chwilowym załamaniem. Jest to globalne zamrożenie przestrzeni psychicznej oraz utrata zdolności do symbolizacji. Kiedy Styron zauważa, że aura depresji „nie podlega żadnym modulacjom”, opisuje mechanizm całkowitego wypalenia emocjonalnego, braku odcieni. W zdrowej psychice emocje falują – przechodzimy od radości do złości, od smutku do ulgi. Depresja znosi tę dynamikę, wprowadzając absolutną, płaską monotonię cierpienia. ​W tym stanie energia życiowa wycofuje się ze świata zewnętrznego i z relacji z innymi ludźmi, zostawiając osobę samą sobie w czarnej dziurze wewnętrznej pustki. Świat staje się nierealny, a czas – lepki i nieruchomy. Człowiek w depresji nie tyle „cierpi z powodu smutku”, ile doświadcza śmierci swojej dotychczasowej wrażliwości, stając się więźniem bezgłosego mroku. Styron kończy swoją książkę cytatem z „Piekła” Dantego [I oto] wyszliśmy znowu zobaczyć gwiazdy. Wielu chorycm na depresję, którzy leczyli się z obezwładniającego ich depresyjnego mroku, udało się wyjść na powierzchnię do jasnego świata (Styronowi również)


W „Godzinach” Michaela Cunninghama depresja nie jest głośnym dramatem, lecz cichym, dławiącym paraliżem, który sączy się przez zwyczajne czynności dnia codziennego.

Ta książka jest literackim zapisem owej opisywanej przez Styrona niemożliwości modulacji. ​Treść stanowią zamknięte w jednej dobie losy trzech kobiet żyjących w różnych epokach: w 1923 roku Virginia Woolf rozpoczynająca właśnie pracę nad dziełem swojego życia, „Panią Dalloway”; w 1949 roku Laura Brown uciekająca przed duszącą szarością codzienności w lekturę tej właśnie powieści; a u schyłku XX wieku Clarissa Vaughan – nazywana przez przyjaciela współczesną panią Dalloway – mierzy się z rzeczywistością, w której barwy powoli i nieuchronnie bledną. ​

zdj. Gabinet psychoterapii superEGO

Wszystkie trzy bohaterki łączy nie tylko literacki pierwowzór, ale przede wszystkim doświadczenie czasu, który stracił swój naturalny nurt. Trwają w bezruchu, a cała ich energia pochłaniana jest przez niewidzialną, wewnętrzną walkę z nicością. Świat zewnętrzny toczy się dalej swoim rytmem, ale wewnątrz barwy znikają, a każdy oddech staje się ciężarem, którego nie da się skompensować żadnym światłem. ​Depresja w tym ujęciu jest całkowitym odcięciem od pulsującego życia – trwaniem w bezruchu, w którym jutro nie przynosi żadnej obietnicy. Bo przecież – jak ujął to Cunningham – „i tak pozostają godziny, prawda? Jedna, po niej druga, przechodzisz przez tę pierwszą, a zaraz, o Boże, jest następna”.


Ten cichy, miażdżący ciężar trwania w czasie znajduje swoje jeszcze bardziej radykalne odbicie w kinie. W „Melancholii” Larsa von Triera chora psychika dosłownie wygasza wszelkie barwy, a życie staje się lodowatą, nieuchronną pustynią, w której nie ma miejsca na ratunek ani na żadną modulację nastroju. Reżyser ucieleśnia ten sam styronowski mrok, w którym świat traci swój blask, a codzienne cele stają się absurdalne i martwe. ​Główna bohaterka, Justine, zapadając się w głęboką depresję, doświadcza rzeczywistości jako miejsca całkowicie wyjałowionego z sensu. Co niezwykłe, zbliżająca się kosmiczna katastrofa i nadchodząca ciemność nie są dla niej przerażającym końcem – stają się czymś paradoksalnie wyzwalającym, naturalnym odzwierciedleniem tego, co od dawna nosi we własnym wnętrzu.

​


Stan – niemal fizycznego, bolesnego braku – ucieleśnia również sztuka.

Rzeźbiarz Albert György (ur. 1949) swoją słynną rzeźbą „Melancholia” (2012), ustawioną nad brzegiem Jeziora Genewskiego, z porażającą dosłownością portretuje pustkę człowieka. ​Widzimy siedzącą na ławce postać ze zwieszoną głową, z rękami opartymi o uda, obnażoną i pozbawioną jakiejkolwiek intymności czy ochrony. Mimo że wokół roztacza się piękny, żywy krajobraz, człowiek jest w nim bezwzględnie samotny i wydaje się całkowicie odcięty od jakiegokolwiek ratunku.

zdj. pixabay

Najbardziej przejmujący jest jednak dla mnie paradoks formy: choć ciało sprawia wrażenie silnego, pięknie umięśnionego, całe jego wnętrze zostało dosłownie wyrwane. Korpus zieje ogromną, czarną dziurą – w środku nie ma już nikogo ani niczego.


Z kolei artystka młodszego pokolenia, Kasia Belczyk (ur. 1984) o dziurach i wyrwach, często niewidocznych na pierwszy rzut oka, bo skrywanych i chronionych przez posiadaczy owych wyrw przed otoczeniem, mówi do nas swoimi rysunkami tak:


Literatura, film, rysunki czy rzeźby mówią o depresji jednym, wspólnym językiem – językiem wygaszenia, pustki, wyrwy, nieobecności w świecie zewnętrznym. Pokazują, że ten mrok nie jest zwykłym smutkiem ani chwilowym załamaniem, lecz stanem, w którym czas gęstnieje, świat traci barwy, a człowiek zostaje sam z gigantyczną, wewnętrzną pustką. Zrozumienie tego – usłyszenie milczenia kryjącego się za kolejnymi godzinami i dostrzeżenie wyrwanego wnętrza – to pierwszy krok do tego, by przestać ten mrok doświetlać na siłę sztucznym światłem, a zamiast tego spróbować wyciągnąć do kogoś rękę tam, gdzie wydaje się, że nie ma już nikogo. Czas niczego tu sam nie załatwi, ale pomoc od bliskich i specjalistów na pewno tak.


Twoje REFLEKSY

​Kiedy patrzysz na trwającą właśnie jesień, zatrzymaj się na chwilę przy tym, co dzieje się w Twoim wewnętrznym pejzażu. Zamiast walczyć z każdą zmianą nastroju, spróbuj zadać sobie kilka pytań: ​

  • Czy w moim życiu są obszary, które – tak jak u Styrona – straciły swoje barwy i przestały podlegać jakiejkolwiek modulacji? ​
  • Gdzie w moim ciele i w mojej codzienności zaczyna się zaznaczać ten ciężar, a co pomaga mi utrzymać wewnętrzne światło, gdy otoczenie szarzeje? ​
  • Jeśli obok mnie ktoś doświadcza takiego mroku, czy potrafię być dla niego obecna bez presji „naprawiania” jego świata?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *